Gry Pozorów

przepascieMam dobrych współpracowników. Zawsze miałem – ludzie są z reguły zdolni, pracowici i przyjaźnie nastawieni. Wszakże budowa gier nie sprowadza się do pracy pojedynczych ludzi. Tworzą je zespoły.

Niestety, praca zespołowa jest podatna na gry pozorów.

***

Zdarzyło mi się, że wyszedłem z rozmowy kwalifikacyjnej w przekonaniu, że nie chcę pracować w danym studiu. Rozmówców było trzech. Ten, który traktował mnie najbardziej opryskliwie, zdawał się przejawiać nie tyle przykry charakter, ile poczucie zagrożenia. Dogadanie się z nim kosztowałoby wiele wysiłku. Drugi rozmówca wydał mi się cichym psychopatą. Odstraszył mnie bardziej niż pierwszy, bo konflikty można rozstrzygać, a psychopatę można co najwyżej walnąć na odlew. Za to trzeci rozmówca sprawił wrażenie rozsądnego i do rzeczy. Rozmawiało się z nim sensownie. Odniosłem wrażenie, że jeśli miałbym współpracować z którymś z obecnych, to właśnie z nim.

Rok później, plotkując o tym studiu z jednym z jego byłych pracowników, dowiedziałem się, że ów „rozsądny” człowiek w rzeczywistości ma kilka wad: nie przyjmuje do wiadomości cudzych punktów widzenia, nigdy nie zmienia zdania, a nadto łatwo traci nerwy i wydziera się na podwładnych. W skrócie – współpracownik z piekła rodem.

***

Moja obecna praca jest najtrudniejszą ze wszystkich, jakie miałem do tej pory. Spotkałem „dyrektorów kreatywnych”, których zakres odpowiedzialności był węższy od mojego. Mimo to moja obecna pensja nie jest najwyższą, jaką kiedykolwiek miałem.

Najwięcej płacił mi człowiek, który miał siebie za wielkiego spryciarza. W rzeczywistości był zakompleksionym bucem cierpiącym na syndrom miesiąca miodowego. W praktyce wyglądało to tak: każdy świeżo zatrudniony był w oczach kierownika najlepszym pracownikiem na świecie, bo łatwo było zrobić dobre pierwsze wrażenie. Owo wszakże szybko mijało, a wtedy człowiek dołączał do tłumu „idiotów” wykonujących „chujową” robotę. Nie miałem oporów przed tym, by podbijać oczekiwania płacowe o „podatek od bucówy”.

***

Znałem kiedyś człowieka powszechnie uchodzącego za lenia i naciągacza. Nie był przy tym ani przesadnie uzdolniony, ani sympatyczny. Zdarzało mu się również postępowanie niewybaczalne: rozmyślne podważał zaufanie do innych, po to by samemu wypaść lepiej. Jednak przy tym wszystkim człowiek ów miał tupet i z niejaką wprawą kreował wokół siebie aurę niezastąpienia, na którą czasem nabierali się nawet ci, którzy nie mieli złudzeń co do jego pryncypiów. Człowiek ten, wbrew logice, zarabiał ówcześnie dwa razy tyle co ja.

Mając za sobą czternaście lat lat pracy zarobkowej widzę jak na dłoni, że nie ma korelacji między kompetencjami a poborami. A jednak – wielu ludzi wokół mnie właśnie dochodami mierzy swój i cudzy status zawodowy.

***

Pewien zespół cierpiał na rodzaj epidemii. Co jakiś czas odkrywał, że jeden z jego członków jest leniem i naciągaczem, a nadto człowiekiem dalece niekompetentnym. Oskarżony czasem odchodził z zespołu w niesławie, a czasem składał samokrytykę i poprawiał się, jednak to epidemii nie powstrzymywało: na miejsce jednego zgniłego jabłka wyrastało następne. Na szczęście zawsze był tylko jeden taki nierób na raz.

Poznałem źródło problemu, gdy zbiegiem okoliczności stanąłem przed potrzebą bezpośredniej współpracy z jednym z takich „wadliwych” współpracowników. Okazał się nieśmiały, nieco zahukany, trochę niedoświadczony, ale poza tym zupełnie w porządku. Jego nieróbstwo okazało się nagonką, mianowicie pewien inny współpracownik miał zwyczaj upatrywania sobie ofiary, którą następnie konsekwentnie objeżdżał, co prawda za realne uchybienia, jednak nieproporcjonalnie do ich skali. Z czasem po zespole rozchodziła się fama, że dany nieszczęśnik nie nadaje się. Wnet zostawał łatwym celem wielu innych osób. Choć między uczestnikami nagonki nie było zmowy, dochodziło do zbiorowego prześladowania. Każdy członek zespołu z osobna był w porządku, jednak wspólnie tworzyli toksyczną całość. Oszukiwali samych siebie charakterystyczną retoryką: jesteśmy najlepsi, przyjmujemy tylko najlepszych, na pracę z nami trzeba zasłużyć.

***

Jestem dość często posądzany o żelazną samokontrolę. Jak mylna jest ta łatka, wie każdy, kto słyszał, jak przeklinam. Okazję ku temu miało niewielu, gdyż cierpię na fobię społeczną, która utrudnia mi wyrażanie emocji w obecności innych ludzi. Mój pozorny spokój nie jest spokojem z wyboru.

Jednocześnie bywam posądzany o nieokiełznaną buntowniczość. W rzeczywistości rodzice zawsze powtarzali mi, że jeśli będę uczył się dobrze, to zawsze będę mógł wybrać sobie pracę. Póki co – wszystko wskazuje na to, że mieli rację. Stąd moją „buntowniczością” jest to, że, inaczej niż większości ludzi, w ogóle nie zależy mi na zatrudnieniu, to znaczy na jedynej rzeczy, którą bieżący pracodawca może mi zabrać. Zawsze jest jakaś następna praca. Sądziłem kiedyś, że odchodząc tracę sprawdzonych współpracowników, ale po jakimś czasie okazało się, że w kolejnych pracach spotykam ludzi, których już znam.

***

Pewien człowiek został wyrzucony z jednego zespołu, a następnie odmówiono mu przyjęcia do innego, ponieważ ich szefowie uzgodnili między sobą, że tak nieodpowiedzialnej osoby nie należy zatrudniać. Człowiek ów mianowicie odmówił przyjścia do pracy we Wszystkich Świętych.

Pewnego człowieka wyrzucono z pracy za kłótliwość. Drugiego za lenistwo. Trzeciego – za wtrącanie się w nie swoje sprawy. Łączyło ich coś: wszyscy oni nudzili się w pracy. W nowych zajęciach wraz z nudą znikały rzekome problemy.

***

Spotkałem się kiedyś, jako zewnętrzny konsultant, ze średniej wielkości zespołem z innego miasta. Niemal na wstępie zadano mi pytanie o byłego współpracownika. Żaden z ludzi, z którymi rozmawiałem, nigdy tego człowieka nie spotkał – a jednak zetknęli się z opinią o nim. Nie mogłem z czystym sumieniem zaprzeczyć temu, co o nim słyszeli. Na tej podstawie spodziewam się, że w przyszłości będą go unikać.

Wszakże ja tego człowieka nie lubię i moja opinia o nim na tym właśnie się opiera. Gdyby zewnętrznym konsultantem został ktoś inny, być może przedstawiłby inny punkt widzenia. Koledzy po fachu, z racji dystansu odcięci od warszawskiej społeczności, znaleźli się na łasce przypadku, który pchnął w ich stronę tę, a nie inną osobę. Przypadkiem kierowało systematyczne zaburzenie: to ja byłem dostępny, bo to ja rozstałem się z byłym współpracownikiem w niezgodzie. Ci, którzy znosili go lepiej, nadal z nim pracowali.

***

Wspominam te historie za każdym razem, gdy wydaje mi się, że rozumiem drugiego człowieka.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii daleko od poręczy, Z Frontu i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Napisz, co myślisz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s